Bezpieczna odległość – recenzja

Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam książkę, od której dosłownie nie mogłam się oderwać. Gdy jesiennym wieczorem usiadłam z powieścią Bezpieczna odległość, to wstałam dopiero po przeczytaniu ostatniego zdania. 130 stron minęło nie wiadomo kiedy.

Bezpieczna odległość (hiszp. Distancia de rescate) jest pierwszą powieścią argentyńskiej pisarki Samanty Schweblin. Autorka studiowała filmoznawstwo, specjalizując się w scenariopisarstwie – co nie dziwi, kiedy czyta się jej książkę o mistrzowsko prowadzonej fabule. Została wybrana do „Bogota39”, listy najlepszych pisarzy latynoamerykańskich poniżej 40 roku życia, oraz uznana przez magazyn literacki Granta za jedną z 22 najlepszych pisarek hiszpańskojęzycznych. Bezpieczna odległość znalazła się na krótkiej liście nominowanych do Man Booker International Prize w 2017 roku, a teraz została wydana w Polsce przez Wydawnictwo Sonia Draga, w tłumaczeniu Tomasza Pindela.

Książkę czyta się jednym tchem. Historia nie jest podzielona na rozdziały, ale przedstawiona w formie ciągłego dialogu dwóch osób w szpitalu. Ramy książki wyznacza skończony czas jednego z rozmówców – młoda kobieta imieniem Amanda jest umierająca. David, chłopiec, który przy niej czuwa, próbuje odtworzyć rozwój wypadków z ich wspólnej przeszłości. Cała rozmowa naznaczona jest zmęczeniem chorej kobiety oraz niecierpliwością i pośpiechem jej słuchacza. Chłopiec wie, że pozostało niewiele czasu na poznanie odpowiedzi na nurtujące go pytania.

W rozmowie bohaterów powracamy do wydarzeń, które miały miejsce na argentyńskiej prowincji. Odwiedzamy razem z nimi willę z basenem, ranczo i pola uprawne soi. Jednak pomimo wiejskiej scenerii i świecącego słońca, brak tu jakiejkolwiek sielankowości. Napotykamy za to zdeformowane dzieci, umierające zwierzęta i matkę z obsesją na punkcie zagrożeń czyhających na jej dziecko. Tytułowa „bezpieczna odległość” odnosi się do dystansu, na który może oddalić się córka Amandy. Kobieta stara się pilnować jej na każdym kroku i uchronić przed wszelkim, nawet mało prawdopodobnym niebezpieczeństwem. Okazuje się jednak, że niebezpieczeństwo znajduje się dosłownie wszędzie.

Powieść jest przepełniona niepokojem i grozą codzienności. Autorka niezwykle umiejętnie prowadzi fabułę, budując napięcie już od pierwszej strony książki. Stopniowo poznajemy przerażającą prawdę o argentyńskiej wsi, gdzie żaden z mieszkańców, nawet tych jeszcze nienarodzonych, nie jest bezpieczny. Zagrożenie jest bezosobowe, wszechobecne i nieuniknione – „bezpieczna odległość” okazuje się iluzją.

„Nie, jest jeszcze coś. Obok was, blisko. Jest jeszcze coś.

Nie ma nic.

Bezpieczna odległość.

Siedzę dziesięć centymetrów od mojej córki, Davidzie, nie ma żadnej odległości.

Musi być, Carla stała metr ode mnie tego popołudnia, kiedy uciekł ogier, i prawie umarłem.”

Samanta Schweblin pokazuje, że nie potrzeba seryjnych morderców ani makabry, aby wywołać lęk u czytelnika – wystarczy codzienna rzeczywistość otaczającego środowiska. I zagrożenie, przed którym nawet najbardziej opiekuńcza matka nie jest w stanie uchronić swojego dziecka. To, co jest przerażające w powieści, to jej osadzenie w rzeczywistości, w której każdy z nas mógłby żyć. Mówi o problemach ekologicznych i dotyka tak podstawowych spraw jak macierzyństwo i potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa swojemu dziecku. Jest to książka, która wytrąca z dobrego samopoczucia, niepokoi i zmusza, by zastanowić się nad tym, z czym zazwyczaj przechodzimy do porządku dziennego.


Samanta Schweblin, Bezpieczna odległość, tłum. Tomasz Pindel, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2020.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *