Kolekcjoner porzuconych dusz – recenzja

Na Kolekcjonera porzuconych dusz trafiłam w dobrym momencie. Akurat przeczytałam kilka nie najlepszych reportaży z rzędu i moja miłość do literatury faktu przechodziła kryzys. Na szczęście, okazał się on przejściowy, ponieważ wpadł mi w ręce świeżo wydany w Polsce egzemplarz opowieści o Brazylii pióra Eliane Brum.

Książka rozpoczyna się obszernym wstępem autorki i zdecydowanie nie jest to jeden z tych wstępów, które się pomija. Bije z niego ogromna wrażliwość, poczucie odpowiedzialności oraz doprowadzone niemal do absurdu umiłowanie rzetelności i precyzji w przedstawianiu faktów. Czytając, nie mogłam odłożyć ołówka, ponieważ na każdej stronie wstępu znajdowałam warte podkreślenia i przemyślenia fragmenty o misji dziennikarskiej czy warsztacie pisarskim. A potem było już tylko ciekawiej, bo we właściwych reportażach można było zobaczyć praktyczną realizację założeń autorki.

Różne języki różnych Brazylii

„Wszystkie osoby żyjące w słowach składających się na tę książkę mieszkają w języku brazylijskim, czyli w portugalszczyźnie, która dotarła do Ameryki wraz z kolonizatorami, ale z czasem uległa inwazji języków ludów rdzennych żyjących tu, jeszcze zanim powstała Brazylia, oraz języków różnych ludów afrykańskich przybyłych w okresie niewolnictwa. Ludy te buntowały się na różne sposoby, również przez zanieczyszczenie samogłosek i spółgłosek zarządców nadzorujących ich pracę na plantacjach. Zraziły one ciało języka i nadały mu krągłości tam, gdzie u Portugalczyków sterczały groźne kąty proste, ostre, tnące. Wniosły muzykę tam, gdzie dawniej rozbrzmiewał trzask bata. Tak więc to, co nazywam językiem brazylijskim, to język buntu […].”

Ten krótki fragment pokazuje jeden z aspektów złożoności brazylijskiego (czy w ogóle latynoamerykańskiego) świata. Z jednej strony mamy ludy rdzenne, które zamieszkiwały te ziemie, z drugiej strony pojawiają się kolonizatorzy, a wkrótce po nich – niewolnicy z Afryki. Mieszanka wybuchowa, która sprawia, że dzieje Ameryki Łacińskiej są tak pogmatwane, trudne i tak fascynujące. Eliane Brum potęguję tę złożoność przedstawianego świata, podkreślając, że nie ma czegoś takiego jak jedna Brazylia. Istnieje wiele różnych Brazylii: Brazylie Puszczy Amazońskiej i Brazylie miejskiej „betonowej pustyni” – każda jest inna i każda mówi swoim językiem.

A mówi o rzeczach ważnych i jednocześnie zwyczajnych. O narodzinach i śmierci, o nędzy i pogoni za bogactwem, o sile i słabości człowieka. Poznajemy historie amazońskich akuszerek, poszukiwaczy złota, mieszkańców domu starców, nieuleczalnie chorych i wykluczonych. Reportaże poruszają bardzo aktualne problemy społeczne, jednak w narracji Eliane Brum zawsze na pierwszym miejscu stoją ludzie i ich opowieści. Człowiek nie jest tu jedynie ilustracją jakiegoś reporterskiego zagadnienia, ale liczy się jako niepowtarzalna indywidualność.

Dziennikarka stara się jak najwiarygodniej oddać to, co przekazują jej bohaterowie. Przytacza ich wypowiedzi bez żadnej obróbki i poprawek, stąd zdania przez nich wypowiadane często są pourywane i nieskładne, nie zawsze mądre i nie zawsze piękne. Ale to właśnie stanowi o sile tych reportaży. Składają się z autentycznych słów, są pozbawione upiększeń i – chociaż poruszają nieraz bardzo trudne tematy – nie ma w nich patosu ani cienia egzaltacji.

Bohaterkami Puszczy akuszerek, jednego z moich ulubionych reportaży, są Indianki, które całe życie spędzają na przyjmowaniu porodów w głębi Amazonii. Najstarsze z nich pomogły przyjść na świat tysiącom niemowląt. Te często niepiśmienne kobiety opowiadają o darze „łapania” dzieci, o trudach i radościach swojej codzienności. Mówią bezpośrednio i bez lukru, a zarazem – bardzo czule. Nie jest to jednak płytka czułostkowość, jak to często bywa w naszym świecie przy temacie dziecięcym. Słowa akuszerek pełne są mistycznego szacunku do tajemnicy narodzin i nowego życia:

„To czas tworzy człowieka, a nie człowiek tworzy czas. Poród to tajemnica. Dziecka nigdy nie wydzieramy. Jedynie przyjmujemy”.

O czym nie można mówić, o tym należy śpiewać

Eliane Brum niezwykle uważnie słucha swoich rozmówców. Jest to słuchanie, jak zaznacza, angażujące wszystkie zmysły, a więc nastawione również na ciszę i to, co niewypowiedziane, a także na sposób mówienia. W dobrym słuchaniu kluczowe jest nieprzerywanie toku wypowiedzi rozmówcy, niezadawanie zbędnych pytań i otwartość na to, co się słyszy, zwłaszcza jeśli jest to coś niespodziewanego i niepasującego do wcześniejszych założeń – „słuchanie umożliwia nadejście czegoś nowego”.

Na przykładzie Karmicielki, reportażu o umierającej na nieuleczalny nowotwór kobiecie dziennikarka tłumaczy, jak istotne jest nieinterweniowanie w wypowiedzi swoich bohaterów:

„[…] nie wspomniałam o „śmierci”, dopóki ona tego nie zrobiła. Gdybym od razu pospiesznie wypytywała ją o „śmierć”, nie dowiedziałabym się, ile czasu zajęło jej wypowiedzenie tego słowa ani co oznacza to głośnie milczenie. Nie wiedziałabym również, że mówiła wyłącznie o życiu.”

Cisza u Eliane Brum nierozerwalnie łączy się z cierpieniem. Cisza to również granice języka. W jednej z opowieści poznajemy matki, które utraciły swoich synów w wojnach gangów narkotykowych. „Żywe matki martwego pokolenia” – tak określa je tytuł reportażu. Jest to wyrażenie opisowe, ponieważ, jak zauważa Eliane Brum: „w żadnej mowie nie istnieje słowo określające kogoś, kto przeżył własne dziecko. Tego bólu nie może pomieścić nawet język”.

W innym reportażu bohaterka opowiada, jak pewnego dnia w miejscu swojego zamieszkania natrafiła na pogorzelisko. Spółka hydroelektryczna Norte Energia, w ramach przesiedleń i rozbiórek nadrzecznych zabudowań, spaliła jej drewniany dom. Pracownicy uznali go za szałas. Kobieta, chodząc po zgliszczach, zaczyna śpiewać, ponieważ nie jest w stanie wyrazić swojej straty słowami.

„Bardzo trudno patrzeć, jak ogień zabiera to, co masz. Wyrazić mogę się tylko śpiewem. Żeby moje rośliny wiedziały, że nigdy nie chciałam, żeby spłonęły albo żeby stało im się cokolwiek złego. […] One nie potrafią mówić, a ja nie znam ich języka, więc im śpiewam.”

Na zakończenie

Mogłabym tak przytaczać i przytaczać różne ciekawe fragmenty książki, ale wówczas recenzja zamieniłaby się w streszczenie. Dlatego dodam tylko, że Kolekcjoner zagubionych dusz to bardzo porządnie napisane i poruszające reportaże. Książka oferuje szerokie spojrzenie na Brazylię, wychodzące daleko poza fawele, futbol i sambę – dzięki czemu skutecznie rozbija stereotypy i pomaga otworzyć umysł.


Eliane Brum, Kolekcjoner porzuconych dusz, tłum. Gabriel Borowski, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2020.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *