Marlon James, Księga nocnych kobiet

Księga nocnych kobiet – recenzja

„Coś jeszcze ci powiem o czytaniu. Widzisz to? Za każdym razem jak to otwierasz, jesteś wolna. Wolność jest tutaj i nikt nie będzie wiedział, żeś wolna, tylko ty.”

Uwaga, w tym tekście pojawiają się spojlery!

Księga nocnych kobiet (ang. The Book of Night Women) to powieść jamajskiego laureata Nagrody Bookera, Marlona Jamesa*. W Polsce ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego w 2017 roku, w tłumaczeniu Roberta Sudoła. Akcja powieści rozgrywa się na przełomie XVIII i XIX wieku, w majątku plantatorów trzciny cukrowej na skolonizowanej przez Brytyjczyków Jamajce. Bohaterkami są czarnoskóre niewolnice, a wśród nich na pierwszy plan wysuwa się dziewczyna imieniem Lilit, która wyróżnia się nie tylko wyjątkową urodą, lecz także niepospolitą „rogatością” i niewyparzonym językiem. Jako córka kobiety pochodzącej z nieokiełznanego plemienia Kromanti oraz białego dozorcy, od wczesnej młodości wykazuje ponadprzeciętną skłonność do nieposłuszeństwa. Zauważa to doświadczona niewolnica imieniem Homer i postanawia wtajemniczyć dziewczynę w planowany od wielu lat bunt przeciwko panom.

Od razu zaznaczę, że książka absolutnie mnie urzekła i pochłonęła. Przygotujcie się zatem na wiele zachwytów, ale zapewniam, w pełni zasłużonych.

Po pierwsze, język.

W oryginale powieść jest napisana w Patois (Patwa), jamajskim języku kreolskim, który powstał na bazie angielskiego. Robert Sudół świetnie oddał jego dziwne, obce brzmienie w polszczyźnie poprzez odpowiednie dobranie słownictwa i przetrącenie składni. Co istotne, uniknął przy tym sztuczności. Od razu, gdy zaczęłam czytać, uderzyła mnie koślawość i niegramatyczność zdań. Po kilku stronach jednak przywykłam i dałam się ponieść wyjątkowemu rytmowi powieści.

Język Marlona Jamesa jest niezwykle plastyczny i barwny. Podczas czytania po prostu widzi się przedstawiane sceny niczym kadry z filmu. Nierzadko są to bardzo nieprzyjemne obrazy – autor nie stroni choćby od szczegółowych i drastycznych opisów tortur, którym za karę poddawani są niewolnicy. Jednocześnie potrafi tę brutalność i dosadność języka połączyć z epicką potoczystością, co doskonale widać we fragmencie otwierającym powieść:

„Ludziom się widzi, że krew czerwona, ale nie ma w niej nijakiego koloru. Nie ma, jak chlusta na podłogę, co dziewczyna w niej leży i wyje, żeby z niej kurewstwo wylazło, samotne dzieciątko roku 1785. Nie ma, jak noworodek popiskuje cały oblany szkarłatem, jakby z nieba trafił do piekła, innego jeszcze czerwonego miejsca. Nie ma, jak akuszerka widzi, że matka straciła obfitość krwi i nie dożyje czternastego roku, jak widzi, że rzuca klątwę na dzieciątko i ojca, potem zdycha jak stara chabeta. Nie ma, jak krew tryska spod skóry, bucha spod ostrza siekiery, bata, kańczuga, laski, pałki. W życiu niewolnika każdy dzień ma kolor czerwony. Ale potem czerwone szybko się staje takie samo jak białe, niebieskie, czarne albo nijakie. Rozłożone dwie czarne nogi i matczyne usta w krzyku. Kruche łono, co bierze jedno życie, żeby dać drugie. Czarne dziecko wijące się w bryzgach krwi na podłodze, ze skórą ciemniejszą od nocy, o oczach najzieleńszych, jakie kto widział. Możecie ją wołać, jak inni ją wołają. Ja będę ją zwać Lilit.”

Istotny aspekt języka w Księdze nocnych kobiet stanowi również jego wulgarność. Tekst został dosłownie naszpikowany obscenicznymi wyrażeniami, które z jednej strony mogą zniesmaczać, ale z drugiej strony są nieprzecenione w nadawaniu autentyczności wypowiedziom bohaterów. Uważam wręcz, że między innymi dzięki właśnie tym potokom bluzgów postaci ożywają na kartkach książki. Ciekawa jest również dwoistość efektu, który wywołują. Wulgaryzmy bowiem nieustannie przypominają, w jakim piekle żyją niewolnicy na plantacji, ale zdarza się, że w niektórych scenach wprowadzają element humorystyczny i zdejmują nieco ciężaru z narracji. Tak więc owa obsceniczność zupełnie mi nie przeszkadzała, ponieważ idealnie współgra z duchem powieści. Jeżeli jednak jesteście wrażliwi na tego typu słownictwo, to przestrzegam: grube przekleństwa są chyba na każdej stronie powieści.

Po drugie, niejednoznaczność.

Chociaż Księgę nocnych kobiet czyta się dość lekko, jest to skomplikowana lektura. Wbrew pozorom nic nie jest w niej czarno-białe. W postawach bohaterów przeważają odcienie szarości, a kolor ich skóry tak naprawdę rzadko jednoznacznie ich kategoryzuje.

Przede wszystkim, niewolnik niewolnikowi nie jest równy; na plantacji panuje wśród nich bardzo wyraźna hierarchia. Na najniższym szczeblu znajdują się pracujący przy zbiorach „polowi” – są to często Afrykańczycy prosto z transportu, jeszcze nieprzyzwyczajeni do warunków panujących na plantacjach. W rezydencji usługują niewolnicy „domowi”, którzy odznaczają się większą ogładą i nierzadko cieszą się zaufaniem ze strony państwa (jak choćby poważana przez nich Homer). Ponad tymi dwiema grupami stoją jeszcze „batowi”, czyli znienawidzeni przez resztę czarnoskórzy nadzorcy – ich zadaniem jest pilnowanie i karanie innych niewolników. Gorszą sławą od nich mają już tylko maroni, dawni uciekinierzy zamieszkujący tereny górskie, którzy za pieniądze wyłapują zbiegów z plantacji. Napięcia między tymi grupami stają się szczególnie widoczne w finałowej scenie powieści, gdy wzajemna nienawiść osiąga swoje apogeum i znajduje ujście.

Główna bohaterka Lilit jest postacią pełną sprzeczności, co można łączyć z jej mieszanym pochodzeniem. Z jednej strony przejawia buntowniczą naturę i bez mrugnięcia okiem potrafi przelać krew swoim ciemiężców, a z drugiej – aspiruje do wyższej pozycji wśród służby domowej, marzy o jaśniejszym kolorze skóry, a nawet podkochuje się we właścicielu majątku, panu Humphreyu. Przyjaźni się z Homer, ale jej stosunek do pozostałych spiskujących „nocnych kobiet” pozostaje zdystansowany. Lilit, wbrew swojej inklinacji do przemocy, wcale nie jest chętna do udziału w buncie i nie czuje się częścią tajemnego kręgu, który tworzą jej półsiostry.

Sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje, gdy biały nadzorca Robert Quinn wybiera Lilit na swoją gospodynię i nałożnicę. Dziewczyna doświadcza wtedy nienawiści ze strony innych domowych niewolnic, ponieważ zostaje uznana na zdrajczynię. Sama również czuje się zagubiona w tej roli, tym bardziej, że jej nowy pan traktuje ją nadspodziewanie dobrze, a w pewnym momencie zaczyna stosować repertuar zachowań zarezerwowany wyłącznie dla białych kobiet. Między bohaterami stopniowo rodzi się bliska, czuła relacja. Wątek jest poprowadzony po mistrzowsku – do tego stopnia, że czytelnik rzeczywiście zaczyna kibicować tej parze i dopiero po chwili przypomina sobie, jak bardzo ich relacja naznaczona jest przemocą – Quinn wcześniej nadzorował brutalną chłostę, której poddawana była Lilit, i wciąż wymierza kary innym niewolnikom. Dziewczyna walczy z rosnącym uczuciem, nieustannie przypomina sobie, że powinna ziać nienawiścią do swojego kochanka; miota się między chęcią zemsty na białych a przywiązaniem do jednego z nich.

Ciekawą kwestię stanowi pochodzenie i status Roberta Quinna. Jest Irlandczykiem i nie jednym z panów, ale pracownikiem zatrudnionym na plantacji, przez co pozostaje nieco na zewnątrz represyjnego systemu. Jego irlandzkie pochodzenie natomiast wiąże się z doświadczaniem nienawiści i pogardy – nie tylko ze strony Anglików, lecz także innych mieszkańców Jamajki. Z tego powodu Quinn może w pewnym sensie solidaryzować się z cierpieniem niewolników, co zresztą sam tłumaczy Lilit:

„ – Wcale nie jestem inny niż ty, wiesz? (…) W koloniach Irlandczycy szanowani mniej od morusów. (…) Niewolnik przynajmniej ma jakąś wartość w oczach pana. Irlandczyk nie ma żadnej. Oni nienawidzą nas wszystkich, wiesz? Mówią: ej, kim jest Irlandczyk? To czarnuch wywrócony na nice.”

Postacią niejako zawieszoną między „białością” a „czarnością” jest też panna Isobel. Dobrze urodzona córka plantatora bardzo stara się, aby uchodzić za osobę kulturalną, obytą i cnotliwą. Jednocześnie wielokrotnie podkreśla, że jest Kreolką i nieobce są jej realia życia w kolonii. Czarnoskórych uważa za pozbawionych rozumu podludzi, których w ryzach utrzymać może jedynie okrucieństwo. Mimo to, interesuje się afrykańskimi praktykami magicznymi i, wytrącona z równowagi, klnie równie siarczyście jak niewolnice. Świat pogardzanych „czarnuchów” w pewien sposób ją fascynuje; Isobel widzi w nim wolność od ograniczeń obyczajowych, które wyznaczają ramy jej życia. W pewnym momencie nawet zazdrości niewolnicom swobody erotycznej, ponieważ sama może jej zaznać tylko w tajemnicy.

Kreolska dama, metyska niewolnica, irlandzki nadzorca  – to tylko niektóre postaci uosabiające zagadnienie mieszania się (etnicznego, kulturowego), do którego dochodzi w kolonii. Powieść doskonale oddaje skomplikowane, czasem paradoksalne relacje między białymi a czarnymi, a także – między białymi i białymi oraz czarnymi i czarnymi.

I wreszcie po trzecie, emocje.

Księga nocnych kobiet jest niesamowicie angażującą emocjonalnie powieścią. Mnie osobiście rozwaliła jak żadna inna, i nie chodzi nawet o brutalność, choć ta niewątpliwie była ciężka dla psychiki. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się przerwać lektury z powodu zbyt intensywnych czytelniczych przeżyć. Ale w okolicach ostatniego rozdziału książki po prostu musiałam ją tymczasowo odłożyć, ponieważ wydarzenia mnie przytłoczyły. Myślę, że przyczyniło się do tego kilka czynników: umiejętne budowanie napięcia (plany wzniecenia niewolniczej rebelii pojawiają się na samym początku i przez kilkaset stron czytelnik jej wyczekuje), wspaniałe, pełnokrwiste postaci (które raczej trudno polubić, ale nie da się wobec nich pozostać obojętnym) oraz wybuchowa mieszkanka zła, okrucieństwa i czułości. Jest to porażająca powieść, która nie chce wyjść z głowy. Takie książki chcę czytać.

* Marlon James otrzymał Nagrodę Bookera w 2015 roku za powieść pt. Krótka historia siedmiu zabójstw.


Marlon James, Księga nocnych kobiet, tłum. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *